Malarstwo nie jest produkowaniem obrazów.
Skupienie
Ostatnio odbyłam długą rozmowę o tym, jak artysta powinien funkcjonować we współczesnym świecie. O sprzedaży, marketingu, promocji, obecności w mediach społecznościowych. O tym, jak organizować pracę, jak dzielić czas, co robić regularnie, co raz na kilka miesięcy i jak pogodzić tworzenie z całą resztą. Ta rozmowa została ze mną na dłużej. Nie dlatego, że nadal próbuję znaleźć idealny sposób na pogodzenie tych rzeczy. Uświadomiła mi coś znacznie ważniejszego.
Jak łatwo próbujemy rozwiązywać problemy artysty, zanim naprawdę spróbujemy zrozumieć, czym jest dla niego sztuka.
Jeżeli ktoś mówi, że nie chce nieustannie wychodzić z procesu twórczego, natychmiast można znaleźć rozwiązanie. Nie rób tego codziennie. Zrób raz w tygodniu. Raz w miesiącu. Raz na pół roku. Skończ cykl obrazów, później zajmij się jego promocją. Zaplanuj. Podziel. Uprość. Deleguj. To wszystko może być rozsądne. Tylko czasem są to bardzo dobre odpowiedzi na pytanie, którego nikt nie zadał. Bo ja właściwie nie pytam, jak lepiej ułożyć sobie kalendarz. Próbuję powiedzieć coś o tym, czym jest dla mnie malarstwo.
Agnes Martin powiedziała:
„Trzeba zaangażować w malarstwo cały swój umysł, żeby móc iść dalej. Malarstwo nie jest produkowaniem obrazów – jest rozwojem świadomości.”
Bo obraz nie jest dla mnie całym procesem. Jest jego widzialnym śladem. Można zobaczyć moment, w którym staję przed płótnem. Można zobaczyć farbę, ruch ręki, kolejne warstwy. Można później zobaczyć gotowy obraz. Znacznie trudniej zobaczyć wszystko, co wydarzyło się pomiędzy.
Patrzenie. Czytanie. Pytania. Wątpliwości. Obserwacje. Błędy. Rzeczy zauważone przypadkiem. Obraz, który nie wyszedł i właśnie dlatego pokazał mi coś, czego wcześniej nie wiedziałam. Kolor, który nagle otworzył problem światła. Przestrzeń, która zaczęła działać inaczej, niż zamierzałam. Jedno pytanie, które prowadzi do kolejnych pięciu.
I chyba właśnie tutaj znajduje się największa różnica pomiędzy wykonywaniem czegoś, co już umiemy, a tworzeniem. Twórczość – sama jej nazwa właściwie to mówi – oznacza próbę stworzenia czegoś, czego jeszcze nie ma. Nie składanie znanych elementów według instrukcji. Nie powtarzanie raz opanowanego rozwiązania. Tylko wejście na teren, na którym nie znamy wyniku.
Dlatego możemy namalować obraz, który okaże się nieudany. Potem następny. I następny. Może dziesiąty. Może pięćdziesiąty. Patrząc wyłącznie na rezultat, można powiedzieć: nic wartościowego nie powstało. A przecież właśnie w tych obrazach mogło wydarzyć się wszystko, co było potrzebne, żeby pięćdziesiąty pierwszy stał się możliwy. Każda pomyłka coś odsłania. Każde nietrafione rozwiązanie eliminuje jedną drogę albo otwiera następną. Każde płótno pozostawia ślad w sposobie patrzenia.
Twórca nie zawsze idzie drogą. Czasem dopiero ją wytycza.
I dlatego rezultat nie zawsze pojawia się wtedy, kiedy chcielibyśmy go zobaczyć. Nie da się powiedzieć: przez trzy miesiące będę się rozwijać, więc pod koniec trzeciego miesiąca powinien pojawić się efekt. Nie wiem, kiedy nastąpi przesunięcie. Nie wiem nawet, czym ono będzie. Czasem przez wiele miesięcy można mieć poczucie chodzenia wokół tego samego problemu. A potem wydarzy się coś pozornie drobnego. Jedna decyzja na obrazie. Jedna przeczytana myśl. Jedno spotkanie. I nagle coś, co wcześniej było rozproszone, układa się w całość.
Dlatego tak ważna jest dla mnie koncentracja. Ale sednem jest ciągłość procesu.
Są okresy, kiedy wchodzę w malarstwo bardzo głęboko i czuję, że mój umysł zaczyna działać inaczej. Nie dlatego, że przez dwadzieścia cztery godziny na dobę myślę świadomie tylko o obrazach. Normalnie żyję. Spaceruję z psem. Pracuję w ogrodzie. Gotuję. Rozmawiam. Czytam coś zupełnie innego. Ale gdzieś pod tym wszystkim nadal trwa proces.
To trochę tak, jakby umysł przez cały czas utrzymywał pewien kierunek. Rzeczy, które spotykam, zaczynają się z nim łączyć. Obserwacja z dzisiejszego spaceru może wrócić w obrazie. Przeczytane zdanie może połączyć się z problemem, który pojawił się miesiąc wcześniej. Kolor zobaczony przypadkiem może uruchomić rozwiązanie, którego nawet nie szukałam świadomie. I właśnie dlatego nie każda czynność wykonywana poza pracownią jest dla mnie przerwaniem malarstwa. Fizycznie mogę nie malować, ale proces nadal trwa.
Historia Agnes Martin porusza mnie właśnie z tego powodu. W 1967 roku opuściła Nowy Jork i na kilka lat przestała fizycznie malować. Żyła później w odosobnieniu w Nowym Meksyku. Był to okres ciszy, samotności, uważności i pracy nad świadomością, po którym wróciła do malowania. Tym przykładem próbuję powiedzieć, że można na jakiś czas przestać wykonywać fizyczną czynność malowania i nadal rozwijać się jako malarz.
Proces nie kończy się razem z odłożeniem pędzla, jeżeli umysł pozostaje skierowany ku patrzeniu, poznawaniu, świadomości, pytaniom. Może właśnie dlatego Martin mogła powiedzieć, że malarstwo nie jest produkowaniem obrazów. Bo rozwój malarski nie zawsze daje się zmierzyć liczbą powstałych płócien.
Bycie artystą/malarzem jest przede wszystkim stanem umysłu i sposobem patrzenia na świat.
I tutaj pojawia się coś, co po ostatniej rozmowie zrozumiałam również o sobie. Dla mnie wejście w marketing nie jest tym samym co zwykłe, codzienne czynności, które wszyscy przecież wykonujemy. Marketing jest kolejną rozbudowaną dziedziną myślenia. Jeżeli ma on opowiadać o mnie jako o artystce, nie chcę robić go powierzchownie.
A kiedy zaczynam coś robić poważnie, chcę to zrozumieć. Jedno pytanie prowadzi wtedy do następnego. Jak mówić o swoich obrazach? Jak je fotografować? Jak zbudować stronę? Jak działa reklama? Jak ludzie odbierają komunikat? Co działa, dlaczego działa i czy sposób, w jaki działa, jest zgodny ze mną? I nagle powstaje druga śniegowa kula. Drugi rozbudowany system pytań i problemów.
Nie chodzi więc o trzy godziny zabrane malowaniu. Ani o to, że po wykonaniu jakiegoś zadania nie potrafię ponownie wejść do pracowni. Chodzi o kierunek, w którym przez dłuższy czas pracuje mój umysł. Kiedy malarstwo zaczyna stawać się osią życia, zależy mi na tym, aby jak najwięcej rzeczy mogło nadal zasilać właśnie ten proces.
I chyba dlatego tak trudno jest o tym rozmawiać językiem prostych recept. Bo recepta działa świetnie tam, gdzie znamy rezultat. Jeśli chcemy wykonać określone zadanie, możemy znaleźć skuteczniejszy sposób jego wykonania. Ale sztuka w najważniejszym dla mnie znaczeniu zaczyna się właśnie tam, gdzie nie znam rezultatu.
Nie idę gotową drogą. Próbuję ją odnaleźć. Czasami ją gubię. Czasami wracam. Czasami przez bardzo długi czas idę w złym kierunku i dopiero dzięki temu rozumiem, dokąd nie chcę już iść. To nie jest bezczynność. To nie jest również luksus siedzenia i czekania na natchnienie. To jest praca, której część pozostaje niewidoczna. I może właśnie dlatego tak łatwo jej nie zauważyć.
Żyjemy w świecie, w którym znacznie prościej zobaczyć produkt niż proces. Obraz wisi na ścianie. Książka leży na półce. Muzyka została nagrana. Widzimy rezultat. Znacznie trudniej zobaczyć lata, w których człowiek dochodził do języka, dzięki któremu ten rezultat w ogóle mógł powstać.
Może stąd bierze się także część nieporozumień dotyczących pracy artystów. Dlaczego tak trudno nam w ogóle przyjąć, że praca może być pracą także wtedy, kiedy jej rezultat nie pojawia się regularnie i przewidywalnie? Artysta nie jest przecież pracownikiem fabryki obrazów. Nie uczymy się zawodu raz, żeby później przez trzydzieści lat wykonywać coraz sprawniej ten sam zestaw ruchów. Jeżeli naprawdę tworzymy, próbujemy przekroczyć to, co już potrafimy.
A to oznacza ryzyko. Błąd. Ślepą uliczkę. Okres, w którym nic spektakularnego nie powstaje.
Malarstwo naprawdę może być czymś więcej niż powstawaniem kolejnych obrazów. Może być sposobem patrzenia. Sposobem poznawania. Sposobem dochodzenia do czegoś, czego jeszcze nie ma – albo czego jeszcze nie umiemy zobaczyć.
Malarstwo staje się osią życia.
I chyba właśnie tutaj wracam do myśli, od której zaczęła się ta rozmowa. Jak łatwo próbujemy rozwiązywać problemy artysty, zanim naprawdę spróbujemy zrozumieć, czym jest dla niego sztuka.
Być może nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć to w pełni. I nie jest to zarzut wobec kogokolwiek. To po prostu właściwość ludzkiego doświadczenia. Możemy słuchać. Możemy próbować wejść w cudzą perspektywę. Możemy być bardzo empatyczni. Ale nigdy nie poczujemy dokładnie tego samego co druga osoba, ponieważ jej doświadczenie przechodzi przez całą jej historię, wrażliwość, sposób myślenia i przeżywania świata.
I wtedy tym bardziej nie zawsze właściwą odpowiedzią jest recepta. W sztuce, podobnie jak w wielu innych ważnych ludzkich doświadczeniach, czasami jej po prostu nie ma.
Głęboka praca twórcza domaga się czasu, swobody, koncentracji i ciągłości, a przede wszystkim zgody na niewiadomą. Nie potrafię zaplanować, dokąd zaprowadzi mnie obraz, kiedy pojawi się odpowiedź ani ile nieudanych prób będzie potrzebnych, zanim wydarzy się coś naprawdę ważnego.
A jednocześnie potrzebuję również tego drugiego świata. Chcę, żeby moje obrazy wychodziły z pracowni, żeby spotykały ludzi. Naprawdę pragnę spotkania z drugim człowiekiem poprzez obraz.
I właśnie dlatego nie odrzucam potrzeby komunikowania swojej sztuki. Widzę tylko coraz wyraźniej, że nie istnieje rozwiązanie, w którym wszystko to można połączyć bez żadnego kosztu. Być może nie chodzi więc o znalezienie idealnej recepty.
Może tylko o świadome zdecydowanie, jaki koszt jesteśmy gotowi ponieść i co najbardziej chcemy chronić.
Jarosław Modzelewski, zapytany kiedyś przez dziennikarza, o czym marzy, odpowiedział:
„Mieć czas na pracę, co wcale nie jest proste.
Życie się wciska, wstawia nogę między drzwi.
Lubię malować i tego jest zawsze mi za mało.”
Kurtyna.