Jeden obraz. Wielość doświadczeń.
Nie wszystko, co widzimy, musimy umieć nazwać
Fascynuje mnie to, że możemy stanąć przed tym samym obrazem i każdy z nas zobaczy go inaczej. Możemy patrzeć na te same kolory, kształty i przestrzeń, a jednak wydarzy się w nas coś zupełnie innego.
Bo nie przychodzimy do obrazu z pustymi rękami.
Przynosimy ze sobą własną historię – cały osobny mikrokosmos, przez który patrzymy na świat.
Obraz również ma swoją historię. Powstał z czyjegoś doświadczenia, wrażliwości i sposobu widzenia.
Kiedy jednak staje przed nim drugi człowiek, przynosi ze sobą własną opowieść.
A obraz staje się miejscem, w którym te dwie historie mogą się spotkać i nawiązać swego rodzaju dialog.
Czasami mam wrażenie, że wobec sztuki czujemy się trochę zakłopotani. Jakbyśmy nie byli pewni, czy umiemy na nią właściwie patrzeć. Czy powinniśmy coś wiedzieć, coś rozpoznać, coś powiedzieć. Umieć nazwać to, co widzimy albo czujemy, a najlepiej jeszcze znać odpowiedź na słynne pytanie: „co artysta miał na myśli?”
Być może zaczyna się to już w szkole, gdzie często uczymy się, że dzieło należy „właściwie” odczytać. Że istnieje jedna właściwa droga zrozumienia tego, co artysta miał na myśli. Uczymy się szukać odpowiedzi według klucza, zamiast zaufać temu, co naprawdę dzieje się w nas, kiedy patrzymy.
Być może gdzieś po drodze zaczynamy wierzyć, że istnieje jedyny prawidłowy sposób patrzenia na dane dzieło.
A przecież spotkanie z obrazem nie jest egzaminem.
Nie trzeba przychodzić do niego z gotową wiedzą ani szukać odpowiedzi.
Można po prostu patrzeć.
Pozwolić sobie na ciekawość, zachwyt, niepokój, obojętność – albo na coś, czego w ogóle nie potrafimy nazwać.
Malarstwo komunikuje się poza słowami.
Czasem obraz powstaje właśnie dlatego, że są rzeczy, których artysta nie potrafi wyrazić inaczej. Próbuje nadać im formę poprzez malarstwo. Trudno więc oczekiwać od odbiorcy, że wszystko, czego doświadcza przed obrazem, będzie potrafił przełożyć na słowa.
Można patrzeć na obraz i nie umieć powiedzieć, dlaczego coś nas w nim przyciąga. Można nie znać właściwego słowa na emocję, którą wywołuje. Można spośród kilkunastu prac wracać wzrokiem ciągle do jednej i nie mieć pojęcia, dlaczego właśnie do niej.
Przez wiele lat nie nadawałam swoim obrazom tytułów. Nie chciałam, żeby nazwa stawała się instrukcją, jak należy na obraz patrzeć i co w nim zobaczyć. Dziś tytuły nadaję, ale staram się traktować je jak delikatną sugestię – czasem wskazują pewien kierunek, czasem tylko uchylają drzwi. Można za nimi podążyć, ale można też znaleźć własną drogę przez obraz.
Oczywiście wiedza o sztuce może wzbogacać nasze patrzenie, podsuwać nowe konteksty i otwierać kolejne perspektywy. Nie musi jednak poprzedzać samego doświadczenia.
Artysta czasem maluje to, czego nie potrafi wypowiedzieć.
Odbiorca nie ma obowiązku tego nazywać.
Nawet tytuł nie musi zamykać tego doświadczenia w jednym znaczeniu.
Wiedza może pomóc je nazwać, ale nie jest warunkiem jego zaistnienia.
„Obraz nie jest przedstawieniem doświadczenia. Sam jest doświadczeniem.”
Mark Rothko
Bardzo lubię tę myśl, bo przesuwa uwagę z pytania „co powinienem tutaj zrozumieć?” na samo spotkanie z obrazem. Rothko, mimo ogromnych formatów swoich płócien, mówił o nich w kontekście doświadczenia intymnego i ludzkiego. Wielkość nie miała tworzyć dystansu. Przeciwnie – widz miał znaleźć się w bezpośredniej relacji z obrazem.
Zdarzało mi się, że ktoś, oglądając moje obrazy, pytał mnie, który ja bym wybrała.
Tylko że mój wybór niewiele tutaj zmienia. Każdy z tych obrazów powstawał w innym momencie i z każdym łączy mnie trochę inna relacja.
Znacznie ciekawsze jest to, który wybierasz Ty.
I nie musisz wiedzieć dlaczego.
Dlatego tak niezwykłe jest dla mnie, kiedy ktoś spośród moich obrazów wybiera właśnie ten jeden. Nie potrzebuję wiedzieć dlaczego. Być może on sam nie potrafiłby tego wyjaśnić. Fascynuje mnie coś innego: że mój obraz wszedł na chwilę do świata, którego nigdy nie będę mogła zobaczyć od środka, i wydarzyło się tam coś, do czego nie mam dostępu.
Jeśli ktoś chce mi o tym opowiedzieć, zawsze jestem ciekawa jego historii. Ale równie piękne jest dla mnie to, że czasem pozostaje ona tylko pomiędzy nim a obrazem.
Znam jednak to spotkanie również z drugiej strony. Czasami staję przed czyimś obrazem i nagle czuję ogromną radość, że gdzieś istnieje człowiek, który widzi albo czuje świat w sposób tak bliski mojemu. Jest w tym niezwykłe poczucie bliskości z kimś, kogo być może nigdy nie spotkałam. Obraz staje się miejscem naszej cichej komunikacji.
Ernst Gombrich pisał o „beholder’s share” — udziale odbiorcy. Patrzenie nie jest według niego biernym rejestrowaniem tego, co znajduje się przed naszymi oczami. W odbiorze uczestniczy również to, co już ze sobą przynosimy.
Do tej idei wracał później Eric Kandel — neurobiolog i laureat Nagrody Nobla — pokazując, jak bardzo w postrzeganiu uczestniczą wcześniejsze doświadczenia, pamięć i emocje.
Nie istnieje coś takiego jak całkowicie neutralne spojrzenie na obraz. Zawsze patrzy na niego konkretny człowiek.
Ale i ten człowiek nie pozostaje przecież taki sam.
Zmieniają nas doświadczenia, spotkania, upływ czasu. To, co przynosimy ze sobą przed obraz, również nie jest czymś raz na zawsze ustalonym.
Dobrze widać to w spotkaniach z książkami, do których wracamy po wielu latach. Tekst pozostał ten sam, a jednak odnajdujemy w nim rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy, inne fragmenty stają się dla nas ważne.
Marcel Proust napisał:
„W rzeczywistości każdy czytelnik, kiedy czyta, jest czytelnikiem samego siebie.”
Z obrazami dzieje się podobnie. Wracamy do nich, przynosząc za każdym razem trochę innego siebie. Obraz się nie zmienił – zmienił się człowiek, który przed nim staje.
Kiedy jednak obraz towarzyszy nam na co dzień, dochodzi do tego jeszcze jeden rodzaj zmienności.
Inaczej wygląda rano, inaczej wieczorem. Inaczej w niskim zimowym świetle, inaczej w ostrym świetle lata. Światło przesuwa się po powierzchni farby, wydobywa jedne fragmenty, inne wycisza.
Dlatego czymś zupełnie innym jest zobaczyć obraz raz, a czymś innym żyć z nim. Mijać go codziennie. Doświadczać tych drobnych zmian światła, przestrzeni i nas samych.
I dlatego obraz, który „mieszka” z nami, nie staje się po prostu przedmiotem, który raz poznaliśmy i już wiemy, czym jest.
Relacja z nim trwa.
Obraz nie kończy się, gdy odkładam pędzel.
Być może właśnie w tej chwili, gdzieś pomiędzy Tobą a obrazem, powstaje intymny kawałek świata, który należy już tylko do Was.
Może więc po prostu: doświadczajmy.
Bądźmy ciekawi siebie i innych. Czujmy.